Siedziałam dziś na ławce paląc szluga, kiedy niespodziewanie przypomniał mi się pewien motyw. Zadziwiające, że zapamiętałam go tak wyraźnie, w pełni dźwięków, barw i zapachów. Był maj albo czerwiec. Chyba raczej maj. Powietrze pachniało ciężkim upałem, a powieki przymykało ostro zachodzące słońce. Niepewność pulsowała w mojej głowie. Jaraliśmy w parku. Tym najpiękniejszym. Tam, gdzie nad stawem ławka, a obok werzba, co z nadmiaru piękna przełamała się niechlujnie. Całkiem jeszcze zakochani, ale znacznie bardziej zajebani poszliśmy się przejść. Alejki pachniały kwitnącym parkiem, a z tyłu głowy huczało miasto, za którym zawsze tęskniłam bardziej niż za tobą. Szliśmy poprzez zieleń spaleni trochę sobą, trochę trawą, pogubieni między ścieżkami. Tego dnia nie umiałam się tym cieszyć. Myślałam tylko o tym, którego z was wybrać. Prawda jest taka, że chodziło wyłącznie o wybór między tobą a mną. On nie miał najmniejszego znaczenia ani wtedy, ani później. Był wymówką, pretekstem dla ciebie, żebyś mógł z czystym sumieniem zacząć mnie nienawidzić i kamizelką ratunkową dla mnie, na wypadek gdybym znów zapragnęła przywrócić ci status gwiazdy. A skoro o gwiazdach - nie oszukujmy się, razem nigdy nie mogliśmy ich zobaczyć - zawsze chmury zasłaniały. Zatrzymało nas rozwidlenie alejek, przerażające. Spytałeś, w którą stronę pójdziemy i wtedy poczułam, że wiesz. Albo wydawało mi się, bo przecież byliśmy ciężko zajebani, jak zwykle zresztą. Lubiłam z tobą jarać. Lubiłam się z tobą pieprzyć po jaraniu. Lubiłam z tobą gadać po jaraniu. Lubiłam z tobą wszystko po jaraniu. Bez jarania w sumie też, ale jak jarałeś, byłeś tym lepszym sobą. Kilka dni później wybrałam jego, choć on nigdy nie miał znaczenia. Po prostu nie wybrałam ciebie. Postanowiłam, że odtąd ja będę gwiazdą i nawet nieźle mi szło. Cudownie mi szło. Wspaniale było. Bez czekania na chuj wie co, bez zwalniania tempa, bez zniewolenia, bez miłości. Wolę tak do dzisiaj. Potem dziwnie wyszło między nami, bo zapomniałam, że nie skleja się potłuczonych kubków. Teraz czuję, że wyrosłam z błędów, a przynajmniej z pewnego rodzaju błędów. Właściwie trochę mi ciebie żal. Trafiłeś tak samo zjebanie jak ja. Jestem wymagająca wobec innych, bo wymagam dużo od siebie. Za dużo. Jak palę szluga to nie wyrzucam go pod ławkę. Wolę podnieść dupę i poszukać kosza. Nie każdy jest w stanie to znieść. I dobrze.