23.04.2012

jest opcja

Bądźmy poważni. Ty jesteś dużym chłopcem. Ja jestem dużą dziewczynką. Nie chodzi przecież o to, żeby bawić się w dom. Nie chodzi o pejzaże z marzeń. Nie chodzi o białe obrusy. Chodzi o to, żeby Twoje oczy zaszkliły się z pożądania. Chodzi o to, żeby Twoje dłonie sparzyły się moją rozpaloną skórą. Chodzi o to, żeby Twoja ślina wyparowywała z moich warg. Chodzi o to, żebyśmy rozpuścili się z przesytu. Bez dobranoc i bez dzień dobry. Bądźmy poważni.

21.04.2012

dżizas

Mijałam go wczoraj. Stał w stylowej (ekhm) przydrożnej kapliczce, taki smutny, umęczony nieborak. Żal mi takiego boga. Zresztą na jego miejscu też nie byłabym zadowolona, gdyby moi wyznawcy bali się mnie, zamiast mnie kochać. No bo kto kocha Jezusa? Ja nie, ale ja nie wierzę w jego boską historię. Myślę jednak, że powinny go kochać te dzieci, które za chwilę po raz pierwszy przyjmą go do serca (rzekomo). No tak, ale tym biednym dzieciom (raczej mniej niż bardziej świadomym) pakuje się do główek dyrdymały o grzechu, pokucie, zagniewanym bogu... Trudno kochać kogoś, kim cię straszą (chyba że jest się uwikłanym w jakąś patologię). Dobrze, że z okazji komunii te biedne owieczki dostają tyle klawych prezentów, to trochę rekompensuje życie w wiecznym strachu i poczuciu winy. Jeśli tę winę i strach będą odpowiednio pielęgnować, to ich głęboka wiara (podsycana przez wszechwiedzących i żyjących w ubóstwie biznesmenów w sutannach) stanie się powodem nieustającego wewnętrznego rozdarcia. "Pamiętaj grzeszniku, że twoje ciało jest brudne, seks jest zły, żyjesz nie dla siebie lecz dla boga (więc wszystko bogu daj, a że boga reprezentują księża, to wiesz już co dalej), nie uszczęśliwiaj siebie, ale umartwiaj, mercedesa może mieć proboszcz, a nie ty, wrzucaj pieniążki do koszyczka, pluj na innowierców i pedałów, głosuj jak mówimy, płać za sakramenty i pamiętaj, że twoja wiara i spokój twej grzesznej duszy kosztują! Generalnie samochody, restauracje, lans, bauns, koks i kurwy, a naszym sponsorom wciskajmy kit o piekle. Wychowaliśmy sobie strachem całe pokolenia, całe narody wierzących i teraz możemy tę ich naiwną wiarę wykorzystywać. Żyć nie umierać!" Och słodki Jezu, wychujali cię twoi kapłani! Cóż, dobrze że chociaż dla nich, bóg jest miłością.

15.04.2012

sms

K: Chce ci tylko napisac ze juz mi przeszlas

O: To dobrze

C: I dajmy juz sobie spokoj

H: Ok

A: I juz nigdy nie bede chcial byc z toba

M: Zobaczymy

9.04.2012

malarnia

Płakała zasypiając. Sny miała niespokojne. Gdyby nie to, że spała sama, pewnie zatroskane ramię wybudziłoby ją i objęło z przejęciem. Spała jednak sama, więc śniła niespokojnie aż zadzwonił budzik. Nienawidziła tego dźwięku, który oznaczał rozpoczęcie dobrze znanego rytuału. Wiedziała, że nie jest w tym rytuale osamotniona, że nie ona jedna odprawia go z namaszczeniem każdego dnia, ale nie dodawało jej to otuchy. Wyłączyła budzik. Właściwie komórkę. W całym ciele czuła niewyobrażalne zniechęcenie do budzącego się wraz z nią dnia. Chciała zostać w łóżku, nakryć się kołdrą i zniknąć dla świata. Dla samej siebie też chciała zniknąć, ale wiedziała dobrze, że to niemożliwe. Żałowała bardzo, że nie może sobie pozwolić na nieistnienie, że nie stać jej na ten drobny gest. Przeciągnęła się, ale bez tej charakterystycznej porannej zachłanności w ruchach. Przeciągnęła się, bo każde zwierzę przeciąga się po przebudzeniu, a przynajmniej każde zwierzę powinno to robić zanim zacznie nowy dzień. Usiadła na łóżku, bosymi stopami dotknęła zimnej podłogi. Zauważyła, że czerwony lakier odprysnął z jednego paznokcia u lewej stopy. Będzie musiała założyć dziś pełne buty, bo nie zdąży już tego naprawić. Wstała, wyjęła z szafy przypadkowe ubrania - dobrze, że wszystkie rzeczy ma czarne lub szare, bo wszystko do siebie pasuje i kiedy świat staje się zupełnie nie do zniesienie, przynajmniej ubywa jej dylemat, w co się ubrać. Poszła do łazienki, odkręciła wodę i przez dłuższą chwilę obmywała twarz lodowatym strumieniem. Chciała, choćby w minimalnym stopniu, odzyskać chęć do życia. Starała się nie myśleć o niczym. Mechanicznie wykonywała dalsze czynności, mycie, szczotkowanie zębów, ubieranie. Prawie gotowa spojrzała w lustro, ale i bez tego wiedziała, że będzie potrzebowała solidnego makijażu, żeby doprowadzić się do stanu nie prowokującego pytań, których nie miała ochoty nawet wysłuchiwać. Irytowało ją zawsze, że ludzie, którzy nie mieli dla niej najmniejszego znaczenia, interesowali się jej życiem. Wystarczyło, że usta były nieco mniej wykrzywione w uśmiechu, a już zaczynali snuć przypuszczenia i roić sobie różne hipotezy na temat jej życia. Zwłaszcza odkąd przestała ukrywać, że jest sama. Kiedy kobieta rozstaje się z facetem nagle wszystkim robi się jej żal, tak jakby bez niego była czymś wybrakowanym, bezwartościowym, wymagającym współczucia. Drażniło ją to. Nie potrzebowała takich reakcji. Skończyła nakładać podkład, ale miała tak zapuchnięte od płaczu oczy, że musiała użyć tonę rozświetlacza, żeby wyglądać w miarę przyzwoicie. Dziś nie pozwoli sobie na soczewki, założy okulary, żeby mieć pewność, że świat nie zauważy śladów jej rozpaczy. Policzki obsypała różem, usta pomalowała delikatnym błyszczykiem. Była zadowolona z efektów porannej charakteryzacji. Jeszcze tylko perfumy. Rozpyliła swój ulubiony zapach wąchając go, a właściwie zaciągając się nim. To był także jego ulubiony zapach. Próbowała go zmienić wiele razy, ale te nuty niemal w nią wrosły, nie potrafiła już pachnieć inaczej, a może po prostu nie chciała. W kuchni wypiła tylko wodę z cytryną. Nie była w stanie nic przełknąć. Zresztą zmuszała się do jedzenia tylko przy ludziach, żeby nie wzbudzać podejrzeń, żeby nie prowokować niechcianego zainteresowania. Wyszła z domu, wsiadła do samochodu, włączyła radio. Fakty ekonomiczne zawsze towarzyszyły jej w drodze do pracy. Stojąc na czerwonym świetle zamyśliła się na chwilę. Znów przyszło jej do głowy, jak bardzo nie chce dzisiejszego dnia, prawie tak bardzo jak nie chciała wczorajszego i jak nie będzie chciała jutrzejszego. Zielone. Durna piosenka, upierdliwy refren "i think i wanna marry you", co za gniot, była wściekła, ale nie zmieniła stacji. Dotarła na miejsce. Wiedziała, że za chwilę spotka te wszystkie nudne twarze. Musiała się przygotować na ich standardowe "cześć, dzień dobry, co tam? ładnie wyglądasz, piękna pogoda, znowu paliwo ma podrożeć, a w weekend będzie padać". Przymknęła oczy, wzięła głęboki oddech. Dopiero teraz włożyła maskę, bez której nie pokazuje się innym. Uśmiech, zadowolenie, energia, nie zdradzą jej nawet oczy. Jest mistrzynią swojej maski. Przez cały dzień będzie się z nią zrastać nienawidząc jej jednocześnie. Wieczorem zerwie ją z twarzy i znów będzie płakać zasypiając.