28.04.2013

redoks

"Jeszcze nigdy, nigdy nie doznała nic podobnego. 
Cały nowy świat bezwiednie i mgliście spłynął do jej duszy."
[Dostojewski, Zbrodnia i kara]



Śpisz jeszcze, a ja patrzę jak twoje nagie plecy rozświetla świt. Pokój pachnie wódką i spermą. Ładnie. Masz fajne sny, bo uśmiechasz się leciutko. To była dobra noc. Po ciężkim dniu. Światła, dźwięki, ruch i chaos. Nie chce mi się spać. Rozmyślam. Z nikim mi się nie kojarzysz. Nikogo mi nie przypominasz. O nic nie pytasz. Jesteś inteligentny i bardzo dobrze wychowany. Masz piękne ciało i pociągasz mnie. Oboje lubimy jechać po bandzie. Fantastycznie dobrani. Intensywni. Wszystko jest na maksa. Głębokie rozmowy, mętne dragi, ostre chlanie i seks. Dobrze jest. Najlepiej. Za chwilę musnę językiem twój kark, potem twoje ucho i obudzę cię szeptając "dzień dobry Skarbie, zerżnij mnie natychmiast". I będzie natychmiast, i będzie doskonale. Potem zjemy śniadanie i pójdziemy przywitać się z miastem, które wczoraj tętniło nami. Pogadamy o niczym, żeby powiedzieć o wszystkim. Pośmiejemy się. Może wybierzemy się do kina, może do teatru, może do baru, może donikąd. Każde może jest prawdopodobne. Potem coś zjaramy i będziemy się bzykać albo gadać dopóki któreś nie uśnie. Pięknie. Cudnie. Najlepiej. Ale i tak kiedyś mi się znudzi. 

16.04.2013

posłodzone

Ludzie biegają, bo to zdrowe i modne. A ja stoję na balkonie i jaram szluga, bo lubię. Filozofii żadenj w tym nie ma, głębszych myśli brak i dobrze. Wypuszczam dym i patrzę zachłannie jak rozmywa się w powietrzu. Widok jest przyjemny prawie tak samo jak perspektywa rozmycia się albo nawet bycia powietrzem. To byłoby coś, stać się oddechem i przeniknąć ciebie sprzed kilku lat.  I niech mi ktoś teraz powie, że impossible is nothing itp. Stoję więc na tym balkonie i zaciągam się ćmikiem z klikiem rymując w myślach zupełnie przypadkowo i niechcący, bo przecież więcej we mnie prozy niż wiersza, chociaż zawsze skrycie chciałam być poetą, a poetką  to już raczej nie. Słońce świeci i nawet się cieszę, że wiosna wreszcie przyszła, mimo że zimę lubię bardzo. Za tydzień, dwa wszystko wybuchnie kolorami i będzie naprawdę pięknie i pachnąco, i głośno, bo ludzie wypełzną na ulice i zaczną gdakać, szczebiotać, a może nawet poszczekiwać radośnie. Myślę sobie, paląc fajkę na balkonie, że dobrze mi jest, że więcej mi nie trzeba, choć zazwyczaj nic mi na długo nie starcza i szukając satysfakcji jestem w ciągłym ruchu, i pożądam ciągłych zmian, zwłaszcza odkąd przestałam chcieć kochać, bo ciebie dłużej już kochać ani nie mogłam, ani nie chciałam. Świat jest taki piękny, szumi mi w głowie odgłos tramwaju i szmer ulicy odkorkowanej dopiero co. Cudowne są ulice w przedwiośniu, nieśmiałe i lekko szare, szykują się na gwar i kurz, czekają z utęsknieniem na wysyp rowerów starych i nowych. Dopalam papierosa i gaszę go w pustej doniczce, ale tak dobrze, tak dobrze mi na tym balkonie, że nie chcę wracać do środka i topić się w ścianach, bo przecież wolałabym się rozmywać w powietrzu lub powietrzem być po prostu. No ale skończył się ten cholerny szlug, a ja nie mam drugiego, więc spoglądam na jakby już mniej piękną ulicę i myślę sobie, że jednak nic nie trwa wiecznie i trochę szkoda, ale w sumie to bardzo dobrze.



10.04.2013

mnc

Tak mi przykro. W ogóle nie jest mi przykro. Piję wino. Piję wódkę. Uśmniecham się do znajomych. Uśmiecham się do nieznajomych. Jestem tu. Bywam tam, siam, sram, chuje, muje itp. itd. Rozumiesz. Już tu byłam. Krok wstecz. Przepaść. Wiem, że wiesz. Marny człowiek. Mały człowiek. Malusi. Warto. Nie watro. Po wszystkim. Na kaca klin. 

4.04.2013

zakałapućkana?

Jestem w domu. Nie pytaj. Dom to nie tam, gdzie jesteś. Dom to nie tam, gdzie byłeś. Dom to nie tam, dokąd chciałeś mnie zabrać. Dom to nie ty. Dom to nie "skarbie". Dom to nie "kochanie". Nie spalam się. Nie truję. Nie udaję. Zdjejmuję maski. Jest dobrze. Jest lepiej. Jest najlepiej. Moje rude włosy. Moje niebieskie oczy. Moje małe stopy. Mój uśmiech. Ja.


fot. M.K.