"Jeszcze nigdy, nigdy nie doznała nic podobnego.
Cały nowy świat bezwiednie i mgliście spłynął do jej duszy."
[Dostojewski, Zbrodnia i kara]
Śpisz jeszcze, a ja patrzę jak twoje nagie plecy rozświetla świt. Pokój pachnie wódką i spermą. Ładnie. Masz fajne sny, bo uśmiechasz się leciutko. To była dobra noc. Po ciężkim dniu. Światła, dźwięki, ruch i chaos. Nie chce mi się spać. Rozmyślam. Z nikim mi się nie kojarzysz. Nikogo mi nie przypominasz. O nic nie pytasz. Jesteś inteligentny i bardzo dobrze wychowany. Masz piękne ciało i pociągasz mnie. Oboje lubimy jechać po bandzie. Fantastycznie dobrani. Intensywni. Wszystko jest na maksa. Głębokie rozmowy, mętne dragi, ostre chlanie i seks. Dobrze jest. Najlepiej. Za chwilę musnę językiem twój kark, potem twoje ucho i obudzę cię szeptając "dzień dobry Skarbie, zerżnij mnie natychmiast". I będzie natychmiast, i będzie doskonale. Potem zjemy śniadanie i pójdziemy przywitać się z miastem, które wczoraj tętniło nami. Pogadamy o niczym, żeby powiedzieć o wszystkim. Pośmiejemy się. Może wybierzemy się do kina, może do teatru, może do baru, może donikąd. Każde może jest prawdopodobne. Potem coś zjaramy i będziemy się bzykać albo gadać dopóki któreś nie uśnie. Pięknie. Cudnie. Najlepiej. Ale i tak kiedyś mi się znudzi.