Dworzec. Spoko. Żyję. Bez spiny, ale już z nieśmiałą radością w sercu. Podziemia, widzę siebie z pękającą krtanią. Park. Ja pierdolę, ten park. Ciśnie się wielokropek, w rękach drżą niedopowiedzenia. Uśmiech. Nic nie pęka. Gęsi puch okrywa wspomnienia. Dobre i złe. Złe. Siała baba mak, żule, pustostany, mety, meliny, bramy. Tęskniłam. Okno z koszyczkiem. Blade spojrzenie. Wdech. Wydech. Śródmieście. Ulga. Należę do siebie. Mogę wszystko.
25.10.2013
7.10.2013
7.10.2013
Chciałam coś napisać, czułam ból żołądka z nadmiaru słów
wirujących we mnie, ale kiedy przyszło co do czego, sześć razy kasowałam
pierwsze zdanie. Mam w głowie syf, rozpierdol, rzygi. Nie ten, nie tamten,
żaden. Znowu zaczynam się bać dorosłości, która zresztą w dupie ma mój strach i dzieje się bezczelnie tu i teraz. Zjebany
październik. Mija rok od ostatniego słowa. Mija rok od ostatniego oddechu.
Imponuje mi moja siła i przeraża mnie tkwiąca w niej słabość. Mydło, powidło,
miód. Oswoiłam wszystkie miejsca poza tym domem, w którym nie ma już Ciebie.
Tam słyszę szepty mordowanego dzieciństwa. Wracam myślami do Ciebie, by poczuć
się jak pączek w maśle, jak ktoś ważny bez powodu. Jak ja.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)