Chciałam coś napisać, czułam ból żołądka z nadmiaru słów
wirujących we mnie, ale kiedy przyszło co do czego, sześć razy kasowałam
pierwsze zdanie. Mam w głowie syf, rozpierdol, rzygi. Nie ten, nie tamten,
żaden. Znowu zaczynam się bać dorosłości, która zresztą w dupie ma mój strach i dzieje się bezczelnie tu i teraz. Zjebany
październik. Mija rok od ostatniego słowa. Mija rok od ostatniego oddechu.
Imponuje mi moja siła i przeraża mnie tkwiąca w niej słabość. Mydło, powidło,
miód. Oswoiłam wszystkie miejsca poza tym domem, w którym nie ma już Ciebie.
Tam słyszę szepty mordowanego dzieciństwa. Wracam myślami do Ciebie, by poczuć
się jak pączek w maśle, jak ktoś ważny bez powodu. Jak ja.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz