7.10.2013

7.10.2013

Chciałam coś napisać, czułam ból żołądka z nadmiaru słów wirujących we mnie, ale kiedy przyszło co do czego, sześć razy kasowałam pierwsze zdanie. Mam w głowie syf, rozpierdol, rzygi. Nie ten, nie tamten, żaden. Znowu zaczynam się bać dorosłości, która zresztą w dupie ma mój strach i dzieje się bezczelnie tu i teraz. Zjebany październik. Mija rok od ostatniego słowa. Mija rok od ostatniego oddechu. Imponuje mi moja siła i przeraża mnie tkwiąca w niej słabość. Mydło, powidło, miód. Oswoiłam wszystkie miejsca poza tym domem, w którym nie ma już Ciebie. Tam słyszę szepty mordowanego dzieciństwa. Wracam myślami do Ciebie, by poczuć się jak pączek w maśle, jak ktoś ważny bez powodu. Jak ja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz