Obudziły go promienie słońca rzucające na twarz nieznośne gorąco i mdlącą jasność. Banał, ale nie błahostka. Nie do końca rozumiał swoje położenie, czegoś nie pamiętał i zdaje się, że był to poprzedni wieczór, a może i dzień. Niewykluczone, że ów dzień trwał dni kilka, na przykład osiem. Osiem to taka dziwna liczba, trochę biedna, bo następuje po tej najszczęśliwszej, a z drugiej strony, po arabsku zapisana i kopnięta z całej siły, staje się nieskończonością. Magia. Może też być podwójnym zdziwieniem albo wilgotnym pocałunkiem, kiedy na klawiaturze nie dociśnie się shifta przy cmokaniu. Przez osiem dni chlał i lizał papiery, bo pamiętał, że osiem is the best. Te papiery to miał chujwieskąd, a chlanie miał zewsząd, i z Żabki, i z Jeżyka, i z dwaczteryha, i miałby nawet z melin, gdyby wiedział gdzie są. Nie wiedział. Nie wiedział też gdzie sam dokładnie jest. To znaczy, leżał na ławce, chyba na przystanku, bo za plecami i nad głową miał jakiś plastik bodajże, który pomagał mu nie zjebać się na chodnik. Ławka była niewygodna bardzo, gniotła go w bok i boleśnie odcisnęła się na prawym policzku. Ten sam policzek był też trochę mokry, bo śpiąc z otwartą buzią, poślinił się nieco. Słyszał miasto. To miasto było bardzo blisko, dlatego postanowił, że jeszcze przez chwilę nie będzie otwierał oczu. Trochę mu się nie chciało, a trochę się bał, bo wytrzeźwiał za bardzo i nie wiedział, co tam zobaczy za rzęsami. Wyluzował, choć wcześniej wcale się nie spinał. Zdecydował, że ma wyjebane i da sobie dokładnie tule czasu, ile zażyczy sobie jego przemęczone ciało. Nie będzie sam siebie popędzał. Nie chciało mu się ani jeść, ani pić. Nie myślał o niczym i dobrze mu z tym było, jednak to niemyślenie o niczym przerwało wibrowanie w jego prawej kieszeni. Kurwamać, że też nie mógł schować telefonu do lewej! Teraz musiałby podnieść się z prawego boku, żeby sprawdzić kto się do niego dobija. Awykonalne na tę chwilę. Odpuścił sobie. Zresztą to mogła być tylko jego matka. Nikt inny nie dzwonił przez te osiem dni i nikt inny nie odbierał. Na szczęście mógł ją teraz olać. Przecież kocha go bezwarunkowo. Tak jest.
14.07.2013
8.07.2013
na brzegu błękitnej rzeczki
Śnił mi się dziś mój pies. Może to dlatego, że spałam na prochach. Może to dlatego, że weekend był melanżowy, czyli taki jak zawsze albo nawet trochę bardziej. A może to dlatego, że czekając aż prochy zaczną działać, czytałam Pilcha. Pilch to alkoholik, a może raczej pijak, ale taki, którego nie da się nie lubić. Jakąś dziwną sympatię czuję do niego, mimo że zazwyczaj alkoholikami gardzę, choć ogólnie staram się nie gardzić nikim, no chyba że sobą w pewnych żenujących sytuacjach, na przykład gdy daję dupy po całości (co zresztą zdarza się nierzadko, bo błądzić to ja potrafię jak mało kto). Śnił mi się więc mój pies, a właściwie moja suka. Biała, lekko spasiona, z najmądrzejszymi i najpiękniejszymi oczyma jakie tylko może mieć zwierzę, a jakie ludziom się nie zdarzają zbyt często, bo ludzie dosyć chujowi są (poza kilkoma wyjątkami standardowo potwierdzającymi regułę). Tak w ogóle to ja nie zapamiętuję oczu. Pamiętam twarze, grymasy, miny i głosy, ale z oczami mam problem. Bez wysiłku jestem w stanie odtworzyć w myślach tylko brązowe oczy mojego psa i takie jedne, trochę puste, zielone oczy z ciemną obwódką i piaskowymi wstawkami należące do dziś-już-nieistotne. Poza tym wiem, bo nauczyłam się nie zapominać, że moja mama ma oczy niebieskie jak mój brat, a tata też niebieskie, tyle że bardzo jasne - szczytowy wyczyn! Smutna była ta moja ukochana suka w dzisiejszym śnie. Może czuła, że odjeżdżam. Tuliłam ją, a ona od niechcenia lizała mnie po nosie. Zupełnie jak wtedy, gdy widziałam ją po raz ostatni, nad ranem, we wrześniu przed Ostrawą. W Ostrawie było dziwnie, Ostrawę uważam za koniec początku i początek końca. Nie to jednak było najgorsze w Ostrawie, którą pokochałam całym sercem. Najgorsze w Ostrawie pokochanej przeze mnie całym sercem było to, że po powrocie nie zobaczyłam już mojej najdroższej, ukochanej bardziej niż Ostrawa, suki. Podobno umarła z tęsknoty. Do dzisiaj noszę w sobie winę za tę bezsensowną zwierzęcą śmierć, dlatego tak trudno mi się pozbierać po śnie, w którym moją psinę tak bardzo przepełniał smutek.
2.07.2013
hardcore08
Pobudka bez ostrzeżenia. Pragnienie, ból gardła, pęcherz, wszystko na raz. Nie ma fajek. Nie ma kurwa fajek. Wóda tfu woda. Pić. Nie ma sorry, głowa boli, boli, boli, boli w chuj. Nieprzytomność. Gorzkie nieogarnięcie. Słodkie wyrzuty sumienia. Makijaż wczorajszy, niewyraźny, rozmyty, agresywny dużo mniej. Siniak. Dwa. Gdzie jest kolczyk? I gdzie są kurwa fajki? Bez fajki się nie da, bez fajki nie można, bez fajki nikt nie wyjdzie stąd żywy. Ciuchy z podłogi gwałtownie zbierane. Brak sił na gwałtowne zbieranie. Rozjebanie. Niechcący rym tkwiący w prozie. Bez litości. Spojrzenie zbyt głośne. Słowo zamglone. Uciekać jak najwolniej. Śpi. Wczoraj basy, kwasy, hałasy. Wczoraj oczy, nogi, ręce. Wczoraj kocha, nie kocha, teatr. Dzisiaj pobudka bez ostrzeżenia.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)