4.12.2013

supersztuka

Tak ci się tylko wydaje, że masz świat u stóp, mała. Tak mu się tylko wydaje, że nie masz. 

Szanuj siebie, bo inaczej zmiażdży cię niecodzienność przejebanie stresująca. Zje Ciebie. On. Siłę zbieraj. Kumuluj z każdym oddechem. Rób swoje. Sama. Naucz się być skurwysynem. Nie wierz w to, że jesteś królewną, ale też nigdy nie zdejmuj niewidzialnej korony. Nie pozwól mu zobaczyć zbyt wiele. Nie wpuszczaj go zbyt głęboko, bo wybuchnie w Twoim brzuchu milionem kawałków przezroczystego szkła. Strzeż siebie. Nie ufaj. Patrz prostu w oczy. Nie oszukuj. Siebie. Usiądź w jego fotelu. Odwróć role.



25.10.2013

kropeczka nad i

Dworzec. Spoko. Żyję. Bez spiny, ale już z nieśmiałą radością w sercu. Podziemia, widzę siebie z pękającą krtanią. Park. Ja pierdolę, ten park. Ciśnie się wielokropek, w rękach drżą niedopowiedzenia. Uśmiech. Nic nie pęka. Gęsi puch okrywa wspomnienia. Dobre i złe. Złe. Siała baba mak, żule, pustostany, mety, meliny, bramy. Tęskniłam. Okno z koszyczkiem. Blade spojrzenie. Wdech. Wydech. Śródmieście. Ulga. Należę do siebie. Mogę wszystko. 




7.10.2013

7.10.2013

Chciałam coś napisać, czułam ból żołądka z nadmiaru słów wirujących we mnie, ale kiedy przyszło co do czego, sześć razy kasowałam pierwsze zdanie. Mam w głowie syf, rozpierdol, rzygi. Nie ten, nie tamten, żaden. Znowu zaczynam się bać dorosłości, która zresztą w dupie ma mój strach i dzieje się bezczelnie tu i teraz. Zjebany październik. Mija rok od ostatniego słowa. Mija rok od ostatniego oddechu. Imponuje mi moja siła i przeraża mnie tkwiąca w niej słabość. Mydło, powidło, miód. Oswoiłam wszystkie miejsca poza tym domem, w którym nie ma już Ciebie. Tam słyszę szepty mordowanego dzieciństwa. Wracam myślami do Ciebie, by poczuć się jak pączek w maśle, jak ktoś ważny bez powodu. Jak ja.

31.08.2013

życie jest jednak kurewsko piękne

Chcę powiedzieć bezczelnie "nie cackaj się ze mną", ale on przeszywa mnie barwą oczu złych, zepsutych, figlarnych i mogę już tylko spuścić wzrok zmieszany, zarumieniona. Gdyby nie okulary słoneczne, wiedziałby zbyt wiele. Gdybym nie gadała o wszystkim, powiedziałabym o najważniejszym. Więc sączę browar, śmieję się zbyt głośno i trochę nerwowo nakręcam włosy na palec. A niech się trochę ze mną pocacka.



5.08.2013

nielot

Wódka z red bullem nie jest niczym dobrym. Nachlasz się tego, a potem musisz zajarać, żeby móc zasnąć, ale i to nie gwarantuje udanej regeneracji, bo kiedy wreszcie przymkniesz oczy skończywszy chwilę wcześniej rozmyślać nad rzeczami pilnie wymagającymi przemyślenia, budzi cię jakiś głupi scenariusz. Na przykład wsiadasz do samolotu z żywym trupem, który wcale nie jest zombie, a ten samolot nie może wystartować, bo zabrakło mu pasa i próbuje rozpędzić się na ulicy, ale co rusz musi hamować, bo jakieś pojazdy zbliżają się z naprzeciwka. W końcu trup się trochę wkurwia tym dziwacznym podchodzeniem do startu, wychodzi z samolotu, ciągnie cię za sobą i prosi o opamiętanie w kwestii tego lotu - ten lot się nie uda, ten lot jest skazany na porażkę. Żywy trup, który wcale nie jest zombie, mówi ci jeszcze, że lepiej będzie wrócić do domu, bo widziałaś już dużo nowych miejsc, ludzi i rzeczy, i dobrze by było, gdybyś wreszcie przestała się tak napalać na torebki, bo wszystko to gówno jest warte. Trochę cię to oburza, ale nie dyskutujesz z trupem, gdyż czujesz respekt i szacunek wobec niego, w końcu jest nie z tej ziemi. I myślisz sobie, spoko, tym razem faktycznie mogę nie lecieć, raz nie zaszkodzi po prostu odpuścić, ale te wszystkie torebki mącą ci w głowie, bo nieważne ile ich masz, zawsze znajdziesz w sobie odrobinę miłości dla kolejnej. Po chwili jednak nachodzi cię refleksja, że i tak będziesz kiedyś trupem jak ten obok i dlatego, od czasu do czasu, bo nie że permanentnie, możesz mieć w dupie torebki. Spoglądasz na trupa i mówisz ok, odpuszczam. Wtedy budzisz się i widzisz, że jest piąta rano i masz też tę nieznośną świadomość, że już nie zaśniesz, bo baka nie działa, a red bull działa znakomicie, tak jak wódka, bo łeb ci pęka. Bujasz się potem z kąta w kąt, nie możesz zdziałać zbyt wiele, bo tym razem kac jest chujowszy niż zazwyczaj, więc rozmyślasz o żywym trupie, który nie był zombie i o locie skazanym na porażkę. Głupie to, głupie takie, ale wwierca ci się w głowę, zwłaszcza że za oknem wiatr i deszcz, jakby jesień w środku lata, a ty jesteś jakieś 1500 kilometrów od domu i zaczynasz trochę tęsknić, a może nawet tęsknisz całkiem porządnie i zastanawiasz się nad zakończeniem wakacji, tak na poważnie. Myślisz, że może czas wrócić, dorosnąć, znormalnieć, jakieś garnki kupić i ręczniki. Chociaż z drugiej strony... Wódka z red bullem nie jest niczym dobrym. Po prostu.


fot. Monya

14.07.2013

szpitalna - 50, 82, 91

Obudziły go promienie słońca rzucające na twarz nieznośne gorąco i mdlącą jasność. Banał, ale nie błahostka. Nie do końca rozumiał swoje położenie, czegoś nie pamiętał i zdaje się, że był to poprzedni wieczór, a może i dzień. Niewykluczone, że ów dzień trwał dni kilka, na przykład osiem. Osiem to taka dziwna liczba, trochę biedna, bo następuje po tej najszczęśliwszej, a z drugiej strony, po arabsku zapisana i kopnięta z całej siły, staje się nieskończonością. Magia. Może też być podwójnym zdziwieniem albo wilgotnym pocałunkiem, kiedy na klawiaturze nie dociśnie się shifta przy cmokaniu. Przez osiem dni chlał i lizał papiery, bo pamiętał, że osiem is the best. Te papiery to miał chujwieskąd, a chlanie miał zewsząd, i z Żabki, i z Jeżyka, i z dwaczteryha, i miałby nawet z melin, gdyby wiedział gdzie są. Nie wiedział. Nie wiedział też gdzie sam dokładnie jest. To znaczy, leżał na ławce, chyba na przystanku, bo za plecami i nad głową miał jakiś plastik bodajże, który pomagał mu nie zjebać się na chodnik. Ławka była niewygodna bardzo, gniotła go w bok i boleśnie odcisnęła się na prawym policzku. Ten sam policzek był też trochę mokry, bo śpiąc z otwartą buzią, poślinił się nieco. Słyszał miasto. To miasto było bardzo blisko, dlatego postanowił, że jeszcze przez chwilę nie będzie otwierał oczu. Trochę mu się nie chciało, a trochę się bał, bo wytrzeźwiał za bardzo i nie wiedział, co tam zobaczy za rzęsami. Wyluzował, choć wcześniej wcale się nie spinał. Zdecydował, że ma wyjebane i da sobie dokładnie tule czasu, ile zażyczy sobie jego przemęczone ciało. Nie będzie sam siebie popędzał. Nie chciało mu się ani jeść, ani pić. Nie myślał o niczym i dobrze mu z tym było, jednak to niemyślenie o niczym przerwało wibrowanie w jego prawej kieszeni. Kurwamać, że też nie mógł schować telefonu do lewej! Teraz musiałby podnieść się z prawego boku, żeby sprawdzić kto się do niego dobija. Awykonalne na tę chwilę. Odpuścił sobie. Zresztą to mogła być tylko jego matka. Nikt inny nie dzwonił przez te osiem dni i nikt inny nie odbierał. Na szczęście mógł ją teraz olać. Przecież kocha go bezwarunkowo. Tak jest.



8.07.2013

na brzegu błękitnej rzeczki

Śnił mi się dziś mój pies. Może to dlatego, że spałam na prochach. Może to dlatego, że weekend był melanżowy, czyli taki jak zawsze albo nawet trochę bardziej. A może to dlatego, że czekając aż prochy zaczną działać, czytałam Pilcha. Pilch to alkoholik, a może raczej pijak, ale taki, którego nie da się nie lubić. Jakąś dziwną sympatię czuję do niego, mimo że zazwyczaj alkoholikami gardzę, choć ogólnie staram się nie gardzić nikim, no chyba że sobą w pewnych żenujących sytuacjach, na przykład gdy daję dupy po całości (co zresztą zdarza się nierzadko, bo błądzić to ja potrafię jak mało kto). Śnił mi się więc mój pies, a właściwie moja suka. Biała, lekko spasiona, z najmądrzejszymi i najpiękniejszymi oczyma jakie tylko może mieć zwierzę, a jakie ludziom się nie zdarzają zbyt często, bo ludzie dosyć chujowi są (poza kilkoma wyjątkami standardowo potwierdzającymi regułę). Tak w ogóle to ja nie zapamiętuję oczu. Pamiętam twarze, grymasy, miny i głosy, ale z oczami mam problem. Bez wysiłku jestem w stanie odtworzyć w myślach tylko brązowe oczy mojego psa i takie jedne, trochę puste, zielone oczy z ciemną obwódką i piaskowymi wstawkami należące do dziś-już-nieistotne. Poza tym wiem, bo nauczyłam się nie zapominać, że moja mama ma oczy niebieskie jak mój brat, a tata  też niebieskie, tyle że bardzo jasne - szczytowy wyczyn! Smutna była ta moja ukochana suka w dzisiejszym śnie. Może czuła, że odjeżdżam. Tuliłam ją, a ona od niechcenia lizała mnie po nosie. Zupełnie jak wtedy, gdy widziałam ją po raz ostatni, nad ranem, we wrześniu przed Ostrawą. W Ostrawie było dziwnie, Ostrawę uważam za koniec początku i początek końca. Nie to jednak było najgorsze w Ostrawie, którą pokochałam całym sercem. Najgorsze w Ostrawie pokochanej przeze mnie całym sercem było to, że po powrocie nie zobaczyłam już mojej najdroższej, ukochanej bardziej niż Ostrawa, suki. Podobno umarła z tęsknoty. Do dzisiaj noszę w sobie winę za tę bezsensowną zwierzęcą śmierć, dlatego tak trudno mi się pozbierać po śnie, w którym moją psinę tak bardzo przepełniał smutek. 

2.07.2013

hardcore08

Pobudka bez ostrzeżenia. Pragnienie, ból gardła, pęcherz, wszystko na raz. Nie ma fajek. Nie ma kurwa fajek. Wóda tfu woda. Pić. Nie ma sorry, głowa boli, boli, boli, boli w chuj. Nieprzytomność. Gorzkie nieogarnięcie. Słodkie wyrzuty sumienia. Makijaż wczorajszy, niewyraźny, rozmyty, agresywny dużo mniej. Siniak. Dwa. Gdzie jest kolczyk? I gdzie są kurwa fajki? Bez fajki się nie da, bez fajki nie można, bez fajki nikt nie wyjdzie stąd żywy. Ciuchy z podłogi gwałtownie zbierane. Brak sił na gwałtowne zbieranie. Rozjebanie. Niechcący rym tkwiący w prozie. Bez litości. Spojrzenie zbyt głośne. Słowo zamglone. Uciekać jak najwolniej. Śpi. Wczoraj basy, kwasy, hałasy. Wczoraj oczy, nogi, ręce. Wczoraj kocha, nie kocha, teatr. Dzisiaj pobudka bez ostrzeżenia.



25.06.2013

przeczytaj na głos

Siedziałam dziś na ławce paląc szluga, kiedy niespodziewanie przypomniał mi się pewien motyw. Zadziwiające, że zapamiętałam go tak wyraźnie, w pełni dźwięków, barw i zapachów. Był maj albo czerwiec. Chyba raczej maj. Powietrze pachniało ciężkim upałem, a powieki przymykało ostro zachodzące słońce. Niepewność pulsowała w mojej głowie. Jaraliśmy w parku. Tym najpiękniejszym. Tam, gdzie nad stawem ławka, a obok werzba, co z nadmiaru piękna przełamała się niechlujnie. Całkiem jeszcze zakochani, ale znacznie bardziej zajebani poszliśmy się przejść. Alejki pachniały kwitnącym parkiem, a z tyłu głowy huczało miasto, za którym zawsze tęskniłam bardziej niż za tobą. Szliśmy poprzez zieleń spaleni trochę sobą, trochę trawą, pogubieni między ścieżkami. Tego dnia nie umiałam się tym cieszyć. Myślałam tylko o tym, którego z was wybrać. Prawda jest taka, że chodziło wyłącznie o wybór między tobą a mną. On nie miał najmniejszego znaczenia ani wtedy, ani później. Był wymówką, pretekstem dla ciebie, żebyś mógł z czystym sumieniem zacząć mnie nienawidzić i kamizelką ratunkową dla mnie, na wypadek gdybym znów zapragnęła przywrócić ci status gwiazdy. A skoro o gwiazdach - nie oszukujmy się, razem nigdy nie mogliśmy ich zobaczyć - zawsze chmury zasłaniały. Zatrzymało nas rozwidlenie alejek, przerażające. Spytałeś, w którą stronę pójdziemy i wtedy poczułam, że wiesz. Albo wydawało mi się, bo przecież byliśmy ciężko zajebani, jak zwykle zresztą. Lubiłam z tobą jarać. Lubiłam się z tobą pieprzyć po jaraniu. Lubiłam z tobą gadać po jaraniu. Lubiłam z tobą wszystko po jaraniu. Bez jarania w sumie też, ale jak jarałeś, byłeś tym lepszym sobą. Kilka dni później wybrałam jego, choć on nigdy nie miał znaczenia. Po prostu nie wybrałam ciebie. Postanowiłam, że odtąd ja będę gwiazdą i nawet nieźle mi szło. Cudownie mi szło. Wspaniale było. Bez czekania na chuj wie co, bez zwalniania tempa, bez zniewolenia, bez miłości. Wolę tak do dzisiaj. Potem dziwnie wyszło między nami, bo zapomniałam, że nie skleja się potłuczonych kubków. Teraz czuję, że wyrosłam z błędów, a przynajmniej z pewnego rodzaju błędów. Właściwie trochę mi ciebie żal. Trafiłeś tak samo zjebanie jak ja. Jestem wymagająca wobec innych, bo wymagam dużo od siebie. Za dużo. Jak palę szluga to nie wyrzucam go pod ławkę. Wolę podnieść dupę i poszukać kosza. Nie każdy jest w stanie to znieść. I dobrze.




13.05.2013

rytmy zwątpienia

Czasem mam ochotę włączyć gadu i wysłać ci link z kawałkiem, który właśnie gra we mnie... No ale przecież nie mam już gadu. I w sumie to dobrze, chociaż... Brakuje mi trochę tego głupiego wymieniani się muzą i gadek o tytanach, naszych tytanach... I milczenia o dźwiękach, które przeszły z nami przez każde niebo i każde piekło, i zostały. Jedyny constans. Pokiwać głową, że już od 99 płynę, a co weekend jestem VIPem, bo przede wszystkim jestem bogiem i wierzę w to, że problemy kiedyś znikną, a jak nie to chuj na to kładę, bo i tak dla pewnego swego starczy chwila, żeby znaleźć się na wyżynie. Wydawało mi się kiedyś, że lepiej być nie może, że za kilka lat, spoglądając na miasto ze snówpowiemy sobie uśmiechając się słonecznie, że dinozaury nie umarły... Dziś mam dokładnie tak samo jak Ty, bo ten świat zwraiował, a w moich kręgach coraz trudniej i szybciej się żyje... Chociaż i tak wciąż więcej pragnąc cenię dar ten niełatwy, ale piękny jak film, w którym wszystko będzie dobrze. Czasem się zastanawiam, czy chcesz wiedzieć co ja robię? Marzę, że czas nas zmienił w chłodny wiatr westchnień. No ale ostatecznie to o niczym nie świadczy, bo taka już ze mnie zła kobieta, że na ten cały sentyment, na całe to głupie gówno mówię konewka



7.05.2013

cudak

I znowu mój cały świat zmieniam, bo przecież wszystko jest ok, ale nie pasuje mi nic. Jest ciasno i duszno. Nie mam czym oddychać. Nie mogę oddychać. Nie mogę a chcę. Przestawiam z kąta w kąt pragnienia niepoukładane. Potrzebuję ruchu, żeby nie myśleć. Zmieniam, żeby nie płakać. Biegnę, żeby nie tęsknić. Boję się zostać, żeby się nie znudzić. Uciekam. Wciąż dalej i dalej. Chcę zgubić centrum. Sklejam siebie z fragmentów, które mi zostały, ale to tylko tak smutnie brzmi. W gruncie rzeczy dobrze, bardzo dobrze jest. Tylko czasem zamyślam się nad wspomnieniem chabrowych bukietów. Żeby tak to odcinanie sznurków mogło być choć trochę łatwiejsze. Gdyby tak mogło być...




28.04.2013

redoks

"Jeszcze nigdy, nigdy nie doznała nic podobnego. 
Cały nowy świat bezwiednie i mgliście spłynął do jej duszy."
[Dostojewski, Zbrodnia i kara]



Śpisz jeszcze, a ja patrzę jak twoje nagie plecy rozświetla świt. Pokój pachnie wódką i spermą. Ładnie. Masz fajne sny, bo uśmiechasz się leciutko. To była dobra noc. Po ciężkim dniu. Światła, dźwięki, ruch i chaos. Nie chce mi się spać. Rozmyślam. Z nikim mi się nie kojarzysz. Nikogo mi nie przypominasz. O nic nie pytasz. Jesteś inteligentny i bardzo dobrze wychowany. Masz piękne ciało i pociągasz mnie. Oboje lubimy jechać po bandzie. Fantastycznie dobrani. Intensywni. Wszystko jest na maksa. Głębokie rozmowy, mętne dragi, ostre chlanie i seks. Dobrze jest. Najlepiej. Za chwilę musnę językiem twój kark, potem twoje ucho i obudzę cię szeptając "dzień dobry Skarbie, zerżnij mnie natychmiast". I będzie natychmiast, i będzie doskonale. Potem zjemy śniadanie i pójdziemy przywitać się z miastem, które wczoraj tętniło nami. Pogadamy o niczym, żeby powiedzieć o wszystkim. Pośmiejemy się. Może wybierzemy się do kina, może do teatru, może do baru, może donikąd. Każde może jest prawdopodobne. Potem coś zjaramy i będziemy się bzykać albo gadać dopóki któreś nie uśnie. Pięknie. Cudnie. Najlepiej. Ale i tak kiedyś mi się znudzi. 

16.04.2013

posłodzone

Ludzie biegają, bo to zdrowe i modne. A ja stoję na balkonie i jaram szluga, bo lubię. Filozofii żadenj w tym nie ma, głębszych myśli brak i dobrze. Wypuszczam dym i patrzę zachłannie jak rozmywa się w powietrzu. Widok jest przyjemny prawie tak samo jak perspektywa rozmycia się albo nawet bycia powietrzem. To byłoby coś, stać się oddechem i przeniknąć ciebie sprzed kilku lat.  I niech mi ktoś teraz powie, że impossible is nothing itp. Stoję więc na tym balkonie i zaciągam się ćmikiem z klikiem rymując w myślach zupełnie przypadkowo i niechcący, bo przecież więcej we mnie prozy niż wiersza, chociaż zawsze skrycie chciałam być poetą, a poetką  to już raczej nie. Słońce świeci i nawet się cieszę, że wiosna wreszcie przyszła, mimo że zimę lubię bardzo. Za tydzień, dwa wszystko wybuchnie kolorami i będzie naprawdę pięknie i pachnąco, i głośno, bo ludzie wypełzną na ulice i zaczną gdakać, szczebiotać, a może nawet poszczekiwać radośnie. Myślę sobie, paląc fajkę na balkonie, że dobrze mi jest, że więcej mi nie trzeba, choć zazwyczaj nic mi na długo nie starcza i szukając satysfakcji jestem w ciągłym ruchu, i pożądam ciągłych zmian, zwłaszcza odkąd przestałam chcieć kochać, bo ciebie dłużej już kochać ani nie mogłam, ani nie chciałam. Świat jest taki piękny, szumi mi w głowie odgłos tramwaju i szmer ulicy odkorkowanej dopiero co. Cudowne są ulice w przedwiośniu, nieśmiałe i lekko szare, szykują się na gwar i kurz, czekają z utęsknieniem na wysyp rowerów starych i nowych. Dopalam papierosa i gaszę go w pustej doniczce, ale tak dobrze, tak dobrze mi na tym balkonie, że nie chcę wracać do środka i topić się w ścianach, bo przecież wolałabym się rozmywać w powietrzu lub powietrzem być po prostu. No ale skończył się ten cholerny szlug, a ja nie mam drugiego, więc spoglądam na jakby już mniej piękną ulicę i myślę sobie, że jednak nic nie trwa wiecznie i trochę szkoda, ale w sumie to bardzo dobrze.



10.04.2013

mnc

Tak mi przykro. W ogóle nie jest mi przykro. Piję wino. Piję wódkę. Uśmniecham się do znajomych. Uśmiecham się do nieznajomych. Jestem tu. Bywam tam, siam, sram, chuje, muje itp. itd. Rozumiesz. Już tu byłam. Krok wstecz. Przepaść. Wiem, że wiesz. Marny człowiek. Mały człowiek. Malusi. Warto. Nie watro. Po wszystkim. Na kaca klin. 

4.04.2013

zakałapućkana?

Jestem w domu. Nie pytaj. Dom to nie tam, gdzie jesteś. Dom to nie tam, gdzie byłeś. Dom to nie tam, dokąd chciałeś mnie zabrać. Dom to nie ty. Dom to nie "skarbie". Dom to nie "kochanie". Nie spalam się. Nie truję. Nie udaję. Zdjejmuję maski. Jest dobrze. Jest lepiej. Jest najlepiej. Moje rude włosy. Moje niebieskie oczy. Moje małe stopy. Mój uśmiech. Ja.


fot. M.K.

28.03.2013

diss

No to mam pierścionek i jestem szczęśliwa, co nie? Po prostu taka miłość, no rozumiesz, taka miłość, to się nie zdarza. To znaczy jasne, że mi się przydarzyła, ale innym to już nie za bardzo. I wiesz, będę żoną i się do niego przeprowadzę, a już i w górach byliśmy, i nad morzem też. Nad morze to już nawet trzy razy mnie zabrał. Misiaczek. Piękne mamy zdjątka takie, pokażę ci, cudowne po prostu, tak widać takie szczęście w oczach, taką rozumiesz, pełnię zadowolenia. Cudowni jesteśmy, co nie? Wiesz, bo on mi tak świat otworzył, teraz to ja mam tyle perspektyw, bo po tych studiach, jak pracy nie mogłam znaleźć, no i ani tej pracy, ani faceta, to po prostu looser, ofiara, tylko żreć mi się chciało. A teraz to się trochę odchudzam, bo w sukni trzeba jakoś wyglądać i żeby on był zadowolony. Bo on to by wszystko dla mnie zrobił i ja dla niego też. Trochę tam na początku się wahałam, no bo przecież już z kilka razy byłam zakochana i się przejechałam albo coś, ale ostatecznie taka miłość, to się tylko nam przydarzyła. On umiał do mnie dotrzeć i teraz to może ciągle tej pracy nie mam, ale już z pierścionkiem, to uwierz mi, że się człowiek od razu tak lepiej czuje. Weź też spróbuj, a ni tylko jakieś szkoły i praca, i inne bzdety. Czas marnujesz, potem obudzisz się stara i sama zupełnie. Ja tam też kiedyś chciałam być niezależna i się realizować, ale naprawdę, ja dopiero przy nim się realizuję i spełniam, wiesz? Mówię ci, nic tak cię nie dowartościuje jak facet u boku. A jak będziemy mieli dzidziusia to już w ogóle! No co za szał! Mówię ci!

20.03.2013

potwierdzenie zmiany adresu

Leżąc na wznak próbował ogarnąć myślami ich świat. "My to za dużo" - zakołatało w jego głowie. Wciągał powietrze pękające od cierpkiego zapachu potu. Podobało mu się. Bardzo. Stała przy oknie. Piękna. Przed chwilą pieprzył jej piękne, lepkie ciało. Było najlepiej. Był świadomy, że wcale jej nie miał. Była ciałem. Była pięknym, lepkim ciałem. Poza ciałem - niedostępna. To go w niej nabardziej jarało. Zatracał się w tej głębi albo w braku głębi. Wszystko było w niej względne i mało obiektywne. Podniosła roletę. "Nie ma nic piękniejszego niż katowicka szarówka" - powiedziała bez egzaltacji i odpaliła blanta.


fot. Paweł Szczepański






18.03.2013

"mam w dupie i mnie nie obchodzi"

Żadnej pizdy, żadnej pizdy nigdy więcej. Jak nie potrafisz o siebie zadbać to nie podbijaj do mnie. Nie lubię cipek. A jak się mnie boisz to się nie śliń. Zjem cię. Przekonasz się jaką jestem zdzirą, zanim w ogóle pozwolę ci się zorientować jak dobra i wrażliwa bywam. Bywam, bo kiedyś byłam. Serce na dłoni? Spierdalaj. Ból istnienia? Jestem powstańcem. 







16.03.2013

cool


nie jesteś mężczyzną mojego życia

ani miłością największą

do nieskończoności droga daleka

ale to wciąż jest szaleństwo


28.02.2013

trudne sprawy

Wiem, wszystko wiem. Naprawdę. 
Jak będziesz dzwoniła po szpitalach to podawaj się za jego siostrę. Zakochanym dziewczynom nie udzielają informacji, nawet tym spalającym się z miłości, a siostra to zawsze siostra, przez telefon nie zweryfikują. 
Jak będziesz wzywała pogotowie, bo tak się zachla, że nawet nie będziesz w stanie stwierdzić czy oddycha, to podawaj się za współlokatorkę – mniejszy wstyd. Chociaż i tak nie opędzisz się od uczucia, że gardzą tobą, że się dziwią co z nim robisz, że oceniają...
Wszystko będzie trudne. Nawet jak będzie dobrze to będzie trudno, bo cały czas za tobą będzie stał strach. Strach, kiedy sielanka się skończy. Strach, kiedy szczęście pryśnie jak bańka z taniego mydła. Bardzo trudnym momentem będzie ten, kiedy po raz pierwszy powiesz przyjaciółce albo mamie. Jeszcze trudniej będzie wtedy, kiedy przestaniesz im mówić, bo skumasz, że jedyna rada jaką mają dla ciebie to ocknij się i go zostaw. Ale nie będziesz umiała tego zrobić. Już teraz to wiesz, a przecież to dopiero początek. 
Jak wróci bez dokumentów to pamiętaj, żeby jak najszybciej, kiedy tylko wytrzeźwieje, wysłać go do najbliższego USC. Niech zgłosi zaginięcie dowodu. Będzie ci dziękował.
Jak zablokuje sobie kartę bankomatową, bo najebany nie będzie w stanie wbić PIN-u, to nie przejmuj się zbytnio jego zarzutami, że to ty specjalnie zablokowałaś mu dostęp do siana. Do jego siana!
Jak przyjdzie do domu pobity i zakrwawiony to nie żałuj go jakoś szczególnie. Dostał wpierdol, bo sobie zasłużył.
Jak będziesz miała choćby cień obawy, że kłamie, to ufaj sobie. Nigdy nie nabieraj się na jego piękne puste słowa. Potrafi, co nie?
Jak zacznie rzygać to możesz być pewna, że będzie przynajmniej kilka dni spokoju. A jeśli będzie rzygał żółcią, spokoju będzie jeszcze więcej. Niestety, rzadko rzyga.
A jak po pijaku złamie sobie nogę, np. w trzech miejscach i z przemieszczeniem, to pamiętaj, proszę, że na śniadanie lubi kaszkę mannę.




21.02.2013

independence

Jestem tu po to, żeby zaraz mnie nie było. Zatrzymałam się na chwilę, na moment krótki i nie chcę niczego przedłużać. Zbyt wiele już zdarzeń przeciągałam w czasie ze strachu albo z miłości. Nie wolno mi ugrzęznąć znowu. Nie tutaj. Nie teraz. Nie z tobą.